Jan Łyp My View of the City

I was born in Kosztowce in 1934 into a family with a strong mining tradition that goes back generations. But I made a breakaway, though, and went to a secondary teacher training school. After graduation in 1953, I was ordered to take up a teaching position the Vocational School of Metallurgy in Świętochłowice. Then I was drafted to do two years’ mandatory military service. When I left the army in 1956, I took up studies at the Teacher Training College in Katowice. At the same time, in 1957, I joined Primary School No. 3 in Housing Estate A to teach drawing and handicrafts. There were no roadways or pavements – only mud all around. You had to wear wellington boots, and those had to be washed and changed each time before classes. My wife and I lived in the school building for a year. We just used the reading room. I didn’t get a flat in the newly built houses because some big shot with a party backing came along, and he got it. But in the autumn of 1958 the school inspector said: “You’re going get a flat. Don’t worry! You’re a family of teachers, you’re going to have children, so you need a decent flat. And finally we got it! In the first block housing estate C3 – the kind built against a deposit. It was already a prefabricated block. At 70 sqm, it was a large, luxury flat, at least for Tychy standards at the time. There was a bathroom, but no tiles – such indulgences were out of the question in those days – only bare walls, painted and varnished. We had very interesting neighbours. Our block was inhabited by the builders of the Goczałkowice Dam, teachers’ families, commanding officer of local police, artist Jan Nowak, and a number of architects, including Zbigniew Weber. It was mainly educated people and those holding positions of responsibility that were brought in this block of flats. Then they built two more blocks like ours to create a series of identical buildings along the railway trench. There was initially an embankment of earth from that trench in the place of today’s courtyards and garages. When they removed it, a walking alley was built - from Bielska Avenue, along the railway line, to the ice rink. The Tychy Miasto train station was later built on this route. Nearby, according to the plan of the main designers - the Wejchert couple, the central railway station was to be built. But despite their authority, they were sometimes unable to do very much - the funding was limited and many things were being put on hold. I know, because my daughter worked in Miastoprojekt. Next to our block there was also the very nicely located Primary School No. 11, where my wife and I worked.

As I said, one of our neighbours was Zbigniew Weber, the designer of St. John the Baptist’s Church. His design indeed caused dismay among the authorities. As for me, it was nothing short of stunning. I saw the structure and instantly took to it… I liked it because of its modernist, cubist form. And the figure of Christ in the interior… like the one in the Vence Chapel. This church was originally smaller. It was later enclosed by surrounding buildings – originally it was visible from Bielska Avenue. It often happened that tourist driving past it in buses, would make an unplanned stopover to visit the church. An exemplary socialist city had such a church! It aroused such interest that even children painted it during my art lessons.

In the 1960s, in addition to teaching in several primary and secondary schools in Tychy, I would work on various exhibitions, e.g. related to official anniversary celebrations. We did them in the lobby of the Andromeda cinema and in the Scout’s Hall, i.e. today’s Municipal Culture Centre. In 1971-1976, I studied at the Teacher Training College in Kraków. In March 1975, while still a student, I was promoted to the position of Deputy School Inspector for Culture, sport and tourism in Tychy, and six months, I was transferred to a new position to serve as Independent Head of the Culture, Sports and Tourism Department. This was also a time of peak activity for the Teatr Mały theatre, as this was its name, although formally it was the Culture Centre of the FSM Compact Car Company. Although it was designed primarily for theatre performances, we also hosted operettas and the Philharmonic Orchestra, which, due to space constraints, had to perform with a reduced ensemble, but they did come several times. And the auditorium was packed. We also brought many popular artists, such as Irena Santor, Irena Jarocka and Wioletta Villas. The demand among young people was often so great that instead of two shows we did three – at 4 p.m., 6 p.m., and a late evening one. I also collaborated intensely with other culture centres, e.g. the one in Housing Estate A. They had a very good dance company called Tychy. In the 1970s, the Cooperative Culture Centre ‘Tęcza’ was also launched in Housing Estate D, where comedy shows and exhibitions were organised. There were also other cultural venues, such as the Klub Budowlanych [Building Industry Club] located in the office building in today’s Grota Roweckiego Street. However, this one was pitched mainly at the architect community. There was also a club operating as part of the Polish Federation of Engineering Associations (Naczelna Organizacja Techniczna) in today’s Edukacji Street.

As Head of the Culture Department, I took part in organising all major events in the city, and especially the Youth Encounters. Many popular music acts, such as Perfect, Kombi, Budka Suflera or Skaldowie, came to give concerts at the former city stadium. Sometimes it was really scary to bring them there, because the kids would throw themselves onto their vans, although appropriate security measures and services were in place, of course. My first interest was to please the young people, especially since I had an adolescent daughter. I knew what they wanted – she would go ‘Dad, can we have this or that band?’ And it all worked out.

I was also involved in trying to bring together the local art community. I worked with such artists as Franciszek Wyleżuch, Eryk Pudełko, Fryderyk Kubica, Augustyn Dyrda and Stanisław Mazuś, who often took on themes that were important for the city. Besides, together with the then Vice-President Norbert Janik, we made efforts to establish a museum in Tychy. I proposed the palace in Bielska Avenue for this purpose, but the idea failed to go beyond the conservation survey stage.

The atmosphere in the office became unbearable in the early 1980s, so I went to the president and handed in my resignation. I went back to teaching and then I retired, though I still lectured at teacher training schools and led art workshops at the Youth Culture Centre No. 1 until 2002.

Urodziłem się w 1934 roku w Kosztowach. Pochodzę z rodziny górniczej – z dziada, pradziada. Ale ja zrobiłem wyłom, poszedłem do liceum pedagogicznego. Kiedy ukończyłem je w 1953 roku, dostałem nakaz pracy w Zasadniczej Szkole Hutniczej w Świętochłowicach. Potem musiałem pójść jeszcze na dwa lata do wojska. Kiedy w 1956 roku wyszedłem, rozpocząłem naukę w Studium Nauczycielskim w Katowicach. Równocześnie, w 1957 roku, podjąłem pracę w Tychach – w Szkole Podstawowej nr 3 na osiedlu A – jako nauczyciel rysunku i robót ręcznych. Tam nie było jeszcze dróg, chodników – tylko samo błoto. Trzeba było chodzić w gumowych butach, przed lekcjami je myć i przebierać. W tej szkole wraz z żoną mieszkaliśmy przez rok. Po prostu zajęliśmy czytelnię. Nie dostałem mieszkania w nowym budownictwie, bo przyszedł ktoś ważniejszy – po linii partyjnej. No i zabrał. Ale jesienią 1958 roku inspektor szkolny powiedział: „Dostaniecie mieszkanie. Nie martwcie się – jesteście rodziną nauczycielską, będziecie mieli dzieci, to musicie mieć porządne mieszkanie”. I dostaliśmy. W pierwszym bloku na osiedlu C3 – takim postawionym za kaucją. To już był budynek prefabrykowany. Mieszkanie duże – 70 metrów kwadratowych – na warunki tyskie – luksus. Była łazienka, ale bez kafelek – wtedy nie było o tym mowy. Tylko ściany wymalowane, wylakierowane. Mieliśmy bardzo ciekawe sąsiedztwo. W naszym bloku mieszkali budowniczowie zapory w Goczałkowicach, rodziny nauczycielskie, komendant milicji, artysta plastyk Jan Nowak i architekci, m.in. Zbigniew Weber. Pozbierano więc głównie ludzi wykształconych i na stanowiskach. W tym jednym bloku. Potem on został dwukrotnie powtórzony – powstał szereg identycznych bloków wzdłuż wykopu kolejowego. Początkowo, tam gdzie dzisiaj są podwórka i garaże, był nasyp ziemi z tego wykopu. Jak go zlikwidowali, powstała aleja spacerowa – od alei Bielskiej, wzdłuż linii kolejowej, aż ku lodowisku. Na tej trasie zbudowano potem stację Tychy Miasto. Tam w pobliżu, według założeń głównych projektantów – Wejchertów, miał powstać główny dworzec. Ale oni, mimo swych autorytetów, czasem niewiele mogli – nie było środków i wiele rzeczy stopowano. Wiem, bo córka pracowała w Miastoprojekcie. Obok naszego bloku była też szkoła nr 11 –bardzo przyjemnie usadowiona – tam też z żoną pracowaliśmy.

Jak wspomniałem, w naszym bloku mieszkał Zbigniew Weber, który zaprojektował kościół pw. św. Jana Chrzciciela. Władze były skonsternowane. Dla mnie, nie wiem jak to określić… to był szał. Zobaczyłem tę konstrukcję i bardzo się zainteresowałem… podobała mi się ze względu na nowoczesność – takie kubistyczne podejście. No i postać Chrystusa we wnętrzu… Jak w kaplicy Matisse’a w Vence. Ten kościół był pierwotnie mniejszy. Został też obudowany – dawniej widać go było z alei Bielskiej. Bywało, że jak jechały tamtędy autobusy turystyczne, to ludzie wysiadali i szli go zwiedzać – choć wcześniej tego nie planowali. Socjalistyczne Tychy, a tu taki kościół! Budził zainteresowanie do tego stopnia, że nawet dzieci malowały go na moich lekcjach.

W latach 60. oprócz tego, że pracowałem w tyskich szkołach podstawowych i liceum, przygotowywałem różne wystawy, np. związane z obchodami rocznic. Robiliśmy je w holu kina Andromeda i w Domu Harcerza – tam gdzie obecnie mieści się Miejskie Centrum Kultury. W latach 1971-1976 studiowałem w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Krakowie. Jeszcze w czasie studiów, w marcu 1975 roku, objąłem funkcję zastępcy inspektora szkolnego do spraw kultury, sportu i turystyki w Tychach, a już pół roku później rzucono mnie na nowe stanowisko – samodzielnego kierownika wydziału kultury, sportu i turystyki. Intensywnie działał wtedy Teatr Mały – tak się nazywał, choć formalnie był domem kultury Fabryki Samochodów Małolitrażowych. Organizowaliśmy tam przedstawienia teatralne, ale też pojawiały się operetki i orkiestra z filharmonii – w okrojonym składzie, ale przyjeżdżała. I sala była pełna. Ściągaliśmy również wielu popularnych wówczas artystów, m.in.: Irenę Santor, Irenę Jarocką i Wiolettę Villas. Nieraz wśród młodzieży było takie zapotrzebowanie, że zamiast dwóch koncertów robiliśmy trzy – o 16:00, 18:00 i jeszcze późno wieczorem. Współpracowałem też intensywnie z innymi domami kultury, np. na osiedlu A – tam był bardzo dobry zespół taneczny – nazywał się Tychy. W latach 70. na osiedlu D powstał też spółdzielczy dom kultury „Tęcza” – występowały w nim kabarety, organizowano wystawy. Były także inne przestrzenie kultury – Klub Budowlanych w biurowcu przy obecnej ul. Grota Roweckiego. Z tym że on był bardziej pomyślany dla architektów. Działał również klub Naczelnej Organizacji Technicznej przy obecnej ul. Edukacji.

Jako kierownik wydziału kultury brałem udział w organizacji wszystkich większych imprez w mieście, głównie Tyskich Spotkań Młodości. Przyjeżdżały takie zespoły jak: Perfect, Kombi, Budka Suflera czy Skaldowie. Występowały na dawnym stadionie miejskim. Czasem aż strach było je tam przywozić, bo młodzież się rzucała na samochód… Ale zabezpieczenia i różne służby porządkowe oczywiście były. Mnie interesowało to, żeby zadowolić młodzież. Tym bardziej, że miałem dorastającą córkę. I ja to wszystko czułem. Ona mi mówiła – tata, jeszcze taki zespół, jeszcze taki… No i to wszystko się udawało.

Próbowałem też jakoś skupić mieszkających w Tychach artystów. Współpracowałem m.in. z Franciszkiem Wyleżuchem, Erykiem Pudełko, Fryderykiem Kubicą, Augustynem Dyrdą i Stanisławem Mazusiem. Oni dość często podejmowali tematy ważne dla miasta. Poza tym, wraz z ówczesnym wiceprezydentem Norbertem Janikiem, staraliśmy się o utworzenie w Tychach muzeum. Zaproponowałem na ten cel pałac przy alei Bielskiej. Zostały tam nawet przeprowadzone badania konserwatorskie, ale pomysł nie doszedł do skutku. Na początku lat 80. atmosfera w urzędzie stała się nie do wytrzymania.

Poszedłem więc do prezydenta i złożyłem rezygnację. Wróciłem do szkolnictwa, a potem przeszedłem na emeryturę. Wciąż jednak wykładałem na studiach nauczycielskich i prowadziłem zajęcia w Młodzieżowym Domu Kultury nr 1 – aż do 2002 roku. Czyli 50 lat bardzo różnorodnej pracy z młodzieżą. I co tu dużo mówić – cieszę się, że te Tychy poszły w takim kierunku.